Śpiewanie w/o samotności
pesme i kratka proza, 
Ibis, Warszawa, 2006. strana 1-68.;
Recenzenti: Aleksander Nawrocki. 
Prevod: T. Sikorska, A. Tymirska, V. Stamenković, A. Kawecka, M. Nowak, E. Woldan, A. Newman, M. Kicinska-Brkić, D. Berent, I. Bociek, M. Naporska.



recenzije/izbor iz press materijala

Klaudia Sowala: Nieznane oblicza samotnošci w "Špiewaniu w/o samotnošci" Janka Vujinovića
Krystyna Stołecka: Zvezdan i szare kukułki





Zvezdan i szare kukułki
Krystyna Stołecka

Na początku była poezja... Mukla raspuklina, z 1973 roku - Głucha szczelina albo „głęboka rozpadlina”, bo w takim przekładzie ten tytuł rodzi szerokie, dramatyczne skojarzenia w polszczyźnie i trafnie obrazuje początek - to pierwsza książka i jedyny zbiór wierszy Janko Vujinovicia. Ale jego utwory prozatorskie też powstawały z poezji, z tego, co dla niej charakterystyczne. Dobrze więc, że równolegle z wydaniem polskiego przekładu Paniki w InterCity ukazała się w Polsce poetycka książka tego autora Śpiewanie w/o samotności.
Dobrze i niedobrze. Dobrze, bo ten mały zbiór 24 wierszy, 30 utworów prozą i prozą poetycką, zakończony posłowiem: O Mrocznej Krainie albo Wzmianka autora, jest kluczem do kilkusetstronicowej Paniki... i jej dopełnieniem. Niedobrze ze względu na naturę współczesnego odbiorcy, który woli poprzestawać na cieńszych książkach. Będzie więc wielu, którym wystarczy Śpiewanie..., by stwierdzić, że zrozumieli Vujinovicia - autora i człowieka, i wiedzą o czym pisze, bo znaleźli patriotyzm, wiarę, nadzieję, miłość... i bomby. Rzeczywiście, wszystko, o czym śpiewa Janko Vujinović, jest bliskie doświadczeniom Polaków, niekiedy znanym im już tylko z literatury i filmów historycznych, ale ciągle bliskim. Właśnie dlatego nietrudna w odbiorze powinna być również Panika... Oczywiście dla tych, którzy nie czytają po wierzchu, tylko wnikają w głębokie zamysły, rozpadliny czy „głuche szczeliny”.
„Z dnia, z blasku/ w błękit/ w przezroczystą jasność” - początkowe wersy Śpiewania... są zapowiedzią Błękitnych drobin, materii „błękitnawej iluzji opowiadania”, programu stwarzania świata Tajemnego pisma powierników. Dochodzi się do niego z „głębokiej rozpadliny” - z której tak trudno się wydostać jagnięciu, gołębiowi, dziecku serbskiej ziemi - dochodzi się przez modelową samotność, Zacieranie śladów, pewnie na jakiejś Małej wieczornej przechadzce... 
Panika w InterCity została wydana w Serbii w 2000 roku. Doczekała się wielu recenzji. W posłowiu do wydania polskiego znalazły się z nich wyimki, a także dwa szerokie omówienia. Warto się z nimi zapoznać, by jeszcze lepiej rozumieć opowieści, które trzeba czytać kolejno, ale równolegle z Siódmą historią... oraz Śpiewaniem... i jednocześnie przenikać wszystkie warstwy tej księgi o stwarzaniu i destrukcji.
Konstrukcja tego dzieła jest wielokrotnie złożona, oparta, co już podkreślali krytycy, na schemacie stwarzania świata i podporządkowana żywiołowi akwatycznemu. Jednak schemat sześciu dni tworzenia i siódmego odpoczynku tak naprawdę nie jest zachowany, bo już w czwartym rozdziale wkrada się element obcy: pociąg - maszyna do szybkiego przemieszczania ludzi między miastami i państwami, która wyrywa każdego z wcześniej stworzonego świata. Od tego rozdziału nabiera rozmachu, prowadzona konsekwentnie do końca książki, dyskusja o zabójczej współczesności. Człowiek niesiony przez maszynę traci stałe miejsce i oparcie, gubi się, wycofuje, rezygnuje z tego, co już osiągnął. W szóstym rozdziale tworzenia dochodzi do dalszej, bliskiej śmierci, destrukcji. Ratuje przed nią właśnie maszyna: płuco-serce. Ale zostawia jakieś ślady - być może zaraża sobą. 
Uspokojenie, wyciszenie obaw na końcu tej części, jest tylko pozorne. Światełko, które błyska w ciemności na drodze od szpitalnego okna do nieba, jest umocowane na maszynie - dźwigu, ma ostrzegać maszyny latające, przed zbytnim zbliżeniem się do ziemi. Ale jednocześnie może przypominać aniołom i ptakom o konieczności wytchnienia. Ptakom, jagniętom, przodkom, a i potomkom, należącym do natury zagubionej i niszczonej. 
Siódmy rozdział, dzień odpoczynku, zgodnie z motywem akwatycznym książki, zdominowany jest przez zalew, morze - Panońskie? - informacji. Suchych, encyklopedycznych, ale zarazem literackich, autorskich, silnie nacechowanych emocjonalnie. Zaburzenie aktu tworzenia objawione w sensie formalnym konstrukcją książki, zostaje poparte opisami, dokumentami destrukcji rzeczywistej, niszczenia Serbii przez kolejne wojny. Nie ma więc odpoczynku. Zaczyna się jakby pochłanianie od nowa wszystkich opowieści, rozgryzanie cząstek, rozbijanie wyniesionych z „mrocznej krainy” kamyków, których wnętrza kryją cenne kryształy. 
Na koniec pojawia się niespodziewanie kolejna, nowa opowieść, o redaktorze, a może precyzyjniej, konstruktorze całości i modelowego bohatera. Książka została dokładnie pogryziona i zjedzona, pozostał samotny bohater, autor narrator i konstruktor Janko Vujinović, który na potrzeby dzieła użyczył swoich przeżyć i przemyśleń. 
Nazywany różnymi imionami i nazwiskami - nie tylko serbskimi, nie tylko słowiańskimi - bohater jest „Każdym”. Ale mężczyzną. Mężczyzną, coraz bardziej maszyną. Do przeszłości serbskiej wioski należą tu kobiety - matki, babki, siostry, żony, opiekunki. O współczesnej kobiecie snuje męskie opowieści. Chełpi się znajomością niewieścich słabości i potrzeb. Kobieta jest przedmiotem, z którym w fantazjach można zrobić wszystko, o czym bohater-maszyna wie, że ona, kobieta, temu ulegnie i będzie zadowolona. Później rzuca się ją na stos. 
Dla bohatera Śpiewania..., przeciwnie niż Paniki..., przemawianie do „Ty”, nie było zwracaniem się do siebie. Prowadził dialog z kobietą, próbował napisać wiersz miłosny. Jednak „ten wiersz, który miał, powinien/ być miłosny pozostał w swojej/ istocie, w samym swoim/ zalążku”. Dlatego w prozie nie ma miłości do kobiety, a w Śpiewaniu... jej temat kończy piękny liryk Jęk i zgnilizna, kochana. Pozostają „szare kukułki”. Żal i samotność, narastające wraz z wnikaniem w przeszłość, w istotę rodzinnej ziemi i z jednoczesnym oddalaniem się od niej.
Bohater wyruszył w drogę przed pierwszą opowieścią, jeszcze w dzieciństwie, gdy na przekór otoczeniu, chciał poznać i zrozumieć więcej, niż można dostrzec z jego wsi, nawet po wejściu na dach. Był zdany na siebie, baśniowy rumak Zvezdan, nie mógł mu pomóc w osiągnięciu celu, najważniejszego elementu dla motywu drogi, a w książce tracącego jakby wyrazistość, przesuwającego się, znikającego, prowokującego do ponawiania pytania  „gdzie?”, zaczerpniętego z wiersza Heinego. Wędrówka jest zamknięta w dorzeczach Renu i Dunaju w kręgu państw i historii Europy Środkowej. Podczas niej bohater zostawiał dzieci. Zostawiał je, nie przekazywał im swojej wiedzy, nie uczył ich historii narodu, nie opowiadał o przodkach. Zostawiał i pędził dalej, nawet wtedy, gdy zwodne okazały się zaszyfrowane wskazówki do akt mających wszystko wyjaśnić. 
Gdzie? I dlaczego?
Odpowiedź jest. W tym, czym nasycona jest cała Panika... w rozumnej i uświadamianej miłości do ojczystej ziemi. Książka jest jakby przewodnikiem po Serbii, zawiera ogrom informacji historycznych, geograficznych, socjologicznych, etnologicznych. Już nie narrator, bohater, konstruktor, ale po prostu Janko Vujinović demonstruje piękny, mądry i szczery patriotyzm. Jako człowiek-pisarz-wędrowiec.
Janko Vujinović napisał o „Każdym”, kto samotnie wyrusza w drogę przeciwstawiania się schematom w pojmowaniu wszystkich ziemskich spraw, kto gubi się, ale nie rezygnuje i pozostaje sobą, mówi swoim językiem. Dosłownie. Vujinović zawsze mówi swoim językiem, chociaż doskonale rozumie mowę tych, wśród których przebywa. Dzięki temu staje się obywatelem świata i jednocześnie ambasadorem serbskości. I dlatego może znaleźć jakąś odpowiedź na niektóre ważne pytania.
Gdzie? - Wszędzie, w Europie i na innych kontynentach.
Dlaczego? - Bo posiadło się wiedzę o sobie, o swojej tożsamości, a tylko z nią można być człowiekiem.
To z pewnością nie wszystko, co wyczytać może „powiernik tajemnego pisma” Janko Vujinovicia. Ale to właśnie dowodzi uniwersalności jego pisarstwa, i jego wagi w epoce maszyny. To jest właśnie ta „szczelina” do nadziei, przez którą można wydostać się z „mrocznej krainy” i obudzić choć trochę kamieni. Tę książkę o „każdym” powinien zrozumieć każdy. 

sa promocije knjige u Lođkom Domu Naučitelja, maj 2006.



izbor iz knjige Śpiewanie w/o samotności



Jak to być może, co to jest - Dzień  Sądu	???	
Jak to, co to - Dzień  Sądu ??? Varijante!?!

... I powstał grad i ogień zmieszany z krwią, i spadł na ziemię. Trzecia część 
ziemi zgorzała, trzecia część drzew zgorzała i wszystka trawa zielona 
zgorzała. Apokalipsi, czyli Objawienie Św. Jana Apostola, 8,7.    


Biją w lasy, biją w to, co w dole. I cerkiew im nie święta
ani dąb. Mierzą w monaster, jagnię, owcę i głóg
kwili brzoza na polanie, wyrwany
korzeń w niebo spogląda a korona
i liść w ziemię czarną  - Czarna 
nam, czarna im ziemia
na wieki wieków

Celują w Pričević, Ljubić, Merdare, Velik Izvor,
Krivelj i Plandište, Bogutovac, Dobrevo,
starą wieś Goraždevac, od Ameryki
starszą, w Dobrevo, oj
Dobrevo, dobro
moje

Rakietami po cmentarzach. Zmarli spokoju nie mają. Do już rozstrzelanych
po raz drugi raz strzelają. Latają poruszone kości na cmentarzu w Topčiderze,
na Gučewie, na Mačkowym Kamenu. I Šumarice na celowniku
Szatana: krzyczą uczniowie zabici w październiku czterdziestego
pierwszego, wołają dzisiaj pod koniec wieku. O! Jaki 
z nas dobry naród, nas rozstrzeliwują po dwakroć,
ukrzyżowują po trzykroć – by się Święta Trójca
dopełniła, wieszają po cztery a zabijają 
po pięć, sześć razy – by się Trójca dwakroć
dopełniła 

Bombardują na Kosowie sześć wieków temu poległych, na Kosowym
Polu równym, nie ma wiecznego snu ni odpoczynku dla bohaterów na
Kos-polu skoszonych. Prochem z ich prochami
bombardują kwiat piwonii, z krwi chłopów i wielmoży
wyrosły: piwonia tam tylko rośnie, gdzie 
ziemia jest krwią zroszona, tylko tu
na Kosowym Polu równym
i nigdzie więcej
na Bałkanach

Walą na Wielkanoc, w Wielki Piątek, w Dzień Ukrzyżowania, walą
w Dzień św. Jerzego, w dzień Wniebowstąpienia, w Zielone Świątki,
Świętej Trójcy święto, w 
dzień dzisiejszy

Mierzą w Gračanicę i Bogurodzicę Ljevišką w Prizrenie, carskim
Duszanowym mieście. Patriarchat w Peći. Uderzają w dziedzictwo
Nemanii i Sawy, Lazara, Stefana - Kuršumlię, Smederevo
Nowy Pazar, Valjevo, Nowy Sad
stołeczny Belgrad

Zawiniła im wieża na Avali –
rozstrzeliwują wieżę

Trafiają w szkołę, w chatę wiejską i stajnię, w fabrykę i owczarnię 
w kolibę i szpital, w elektrownię i hotel, pocztę i
młyn, w most i kolej, w targowisko i w ludzi
na targu, co pierwsze na sprzedaż przynieśli warzywa
młodą cebulkę, rzodkiewki, wiosenne
radości bez radości. O!
radości, o żałości, uciecho
nasza

Mierzą w górę i potok, w łąkę i knieję, w lasek osikowy
pszenicę, co się kłosi, młodą kukurydzę, w śliwę, w ikonę
w jabłko i fresk, w spichlerz ze zbożem złotym, chlebem
naszym powszednim, w tuczarnię pełną świń, kwiczą
świnie przed siłą zła, w oborę pod Panczewem
w trzy tysiące przerażonych krów, ryczą
krowy-matki cielęta-dzieci ronią

Celują w most, w Dunaj pod mostem. Strzelają do rzek - Morawy i Kosanicy
Morawicy, Jasenicy i Bystrycy. Walą w góry - Goleš i Kopaonik, Cer
i Fruszką Górę, w Rudnik i Miroč, w Rtanj, górę starą,
siedzibę Bogów od powstania świata, i Bogowie się tu na 
Rtanju pytają: Jak to być może, co to jest –
Dzień Sądu

Strzelają do bydła i owiec, wołów za pługiem, osłów pod Golubincem
konia w pędzie. Rakietami w owoc żywota, cielę w krowie, w Batajnicy
w trzyletnią Milicę, w Dragašu zabili tysiąc pięćset owiec, starca
w Ponikvach, sarnę na Tarze, staruszkę w Aleksincu, chłopczyka
w Korišu, gdy wracał do domu
do ogniska

Walą w ziemię, przewalają fale na wodzie, dziurawią
niebiosa i błękitnawy obłok z niebios 
strącają

Biją rakietami w porodową izbę, miejsce narodzin, w ród nasz
czy tego, przed dwoma dniami Nowonarodzonego się boją
czy i on im zagraża.

Bombardowali dziką zwierzynę w legowisku i ptaka w gnieździe
w gnieździe wylęgu, zabili w zalążku ptaka
co śpiewa, zabili ptaszka, zabili ptaszę
ale śpiewu, ale śpiewania
nie zabili
nigdy 

			Neuss, nad Renem, na dzień Świętej Trójcy, w czerwcu 1999 roku
Przełożyła Teresa Sikorska
			
 



Pieszo  po  Serbii
Sądny dzień

	Vidikovac, jedno z belgradzkich osiedli.
	Bożonarodzeniowy poranek. Wychodzę, chociaż w Boże Narodzenie z domu się nie wychodzi. Chcę kupić gazety, choć i tak domyślam się, co w nich piszą. To może byłoby lepiej, gdybym nie czytał gazet, bo tego, co w nich jest napisane, już się dowiedziałem, oglądając telewizję, której też należałoby unikać.
	Wszyscy jednak jesteśmy uzależnieni.
	Zimno; zimowa, ciężka mgła, poszarzali ludzie w szary, świąteczny poranek.
	Bezpośrednio przed wieżowcami stoją blaszane pojemniki, kontenery na śmieci. Śmieci całymi dniami i tygodniami nikt nie wywozi. Sławni i dumni Belgradczycy opróżniają kubły i wysypują pełne worki śmieci na stosy odpadków, obok przepełnionych kontenerów.
	Na kontenerach i stertach śmieci mnóstwo wron. Wrony – czarne, ciężkie, przebierające przebrane już odpadki – kraczą. Nie boją się ludzi, wyrzucających śmieci mieszkańców wieżowców. Nie odlatują – ociężałe, jak gdyby miały posklejane skrzydła, jak gdyby nie były już ptakami. Wrony zamieniły się w szczury.
	Koło stert śmieci krzyczą niegdyś biało-szare, a dziś pobrudzone, czarno-szare mewy, przylatujące na osiedle znad zamarzniętej Sawy, żeby się pożywić. A krzyczą głosem niemal ludzkim – jak strasznie krzywdzone dzieci. 
	Mewy krzykiem zapowiadają sądny dzień.
	Wloką się dwa czy trzy psy, chude, pogryzione. Żebra im sterczą.
	Spojrzenie mają mętne, ale i złe. To prawda, że pies gotów jest bronić przypadkowo znalezionej kości i albo ją obroni, albo go rozszarpią. Tylko – gdzie tu znaleźć kość?
	Głodne są wrony, mewy i psy, bo ludzie, poszukujący w kontenerach czerstwego chleba, przebrali i wyczyścili jak szarańcza wszystko, co nadawało się do jedzenia. Przetrząsnęli wyrzucone worki z odpadkami, obierkami z ziemniaków, ogryzkami jabłek, głąbami z kapusty, niedopałkami, skórami z dyni, zeschniętymi skórkami od chleba, pustymi opakowaniami po mleku, szklanymi słoikami, z których zostały wylizane ostatki dżemu, krwawymi kłębkami waty... Sprawdzili, czy aby na ogryzionych już kościach nie zostało coś, co jeszcze można by ogryźć.
	Kupione gazety przeglądam po drodze do pobliskiego sklepu samoobsługowego, przed który właśnie zajechała ciężarówka z chlebem.
	W sklepie cierpliwie stoi pięćdziesięcioro klientów. Czekają, żeby kupić tańszy, szary, tak zwany „powszedni” chleb. Na okoliczne półki, przepełnione towarami, nie zwracają nawet uwagi. Chleb został właśnie wyładowany i ludzie są szczęśliwi.
	W kolejce przed kasą sąsiad z koszykiem, w którym są dwa chleby i litr mleka, powiedział do mnie: 
	- Chrystus się rodzi!
	- Zaprawdę się rodzi!
	Przy kasie musiałem udowadniać, że gazet nie wziąłem w sklepie, tylko kupiłem je w kiosku. Niedowierzającej kasjerce wspomniałem, że na piątej stronie jest opublikowana odezwa do narodu Dobricy Ćosicia, od strony 9 do 14 jest specjalny „Świąteczny dodatek”, a z siódmej strony dosłownie zacytowałem nagłówek „Socjaliści najliczniejsi w serbskim parlamencie”.
	Dopiero wtedy mi uwierzyła.
	Chociaż było mi wszystko jedno.
 
Przełożyła Agata Kawecka
				

		Szare kukułki

Idąc wzdłuż  Bystrzycy, jednej z trzech rzek, które płyną przez żyzną i obfitą w winną latorośl Metochię, przez wyboistą, górską Pećską Bystrzycę, zbliżamy się do pobliskich murów obronnych średniowiecznego kompleksu pećskiego patriarchatu, w którym mieszczą się cerkwie, dzwonnice, skarbce, noclegownie.  
Jest styczeń 1989 roku, dzień dwudziesty ósmy, godzina jedenasta przed południem. Nazajutrz po dniu św. Sawy. 
Przy bramie czeka na nas kilkunastu umorusanych małych chłopców, Sziptarów. Plączą się nam pod nogami. Pytają o papierosy, pieniądze. Kręcą się wokół nas aż do wielkiej bramy. Jednak na klasztorny dziedziniec nie wchodzą. 
Myślę, że ci chłopcy, gdy zmężnieją, będą napadać na patriarchat, napastować zakonnice, podpalać – tak samo, jak ich ojcowie i starsi bracia.
Wewnątrz, na dziedzińcu średniowiecznej budowli, pusto i głucho. Stoi tylko bezlistne drzewo.
Idziemy w kierunku cerkwi. 
Kiedy zbliżamy się do rozłożystej morwy, którą posadził święty Sawa, zauważamy dwie staruszki, jakby przez chwilę zasłonięte drzewem.  
Podchodzimy do nich, chwaląc Boga.
Dowiadujemy się, że czekają na jakąś zakonnicę, która otworzy im cerkiew. Chcą się przeżegnać, pomodlić… Zapalić świeczkę.
Przyszły z pewnej metohijskiej wioski, oddalonej trzydzieści kilometrów od Peći. Przyszły tutaj, ponieważ bliżej cerkwi nie miały. Po prawdzie, swego czasu cerkiew znajdowała się także w ich wiosce, ale zburzyli ją Arnauci. W sąsiednich wioskach cerkwie poniszczyli Turcy. To dlatego przeszły trzydzieści kilometrów, aby zapalić świece. Świece za zdrowie żyjących nielicznych potomków i za liczne dusze zmarłych przodków.
Posmutniały dwie wątłe staruszki  pod ponurym, mrocznym niebem Metochii, a wraz z nimi my – wędrowni przybysze. 
Tak jak byśmy i my częściowo byli winni ich samotności. Winni, że w ich wiosce i w siedmiu-ośmiu innych, które minęły w drodze do Peći, nie ma prawosławnej cerkwi. Winni, że w tych wioskach pozostało tylko po kilka serbskich domów. Że te wioski, z meczetami i okalającymi domy murami, zostały zalbanizowane. 
Próbując przerwać tę ciszę i przygnębienie, ktoś z nas podpytuje staruszki, jak im się powodzi tam, gdzie mieszkają. Czy napadają ich Albańczycy?
- Tylko nasze dusze wiedzą, jak nam jest – krzyżując ręce, odpowiadają ubrane w szarości stare kobiety – kukułki. 
Przełożyły Ivica Bociek i Marzena Naporska
  



Poranna sielanka

W wielkim markecie pośród wieżowców jestem pierwszą klientką. Kupuję dobrze wypieczony, razowy chleb. I gazetę rażącą wstrząsającymi wiadomościami. Chleb zjem, ale gazety czytać nie będę. Spacer po jeszcze nie rozbudzonym miejskim osiedlu, po rześkim powietrzu, po ciężkiej nocy,  wywołuje u mnie uczucie pewnej harmonii z okolicą, w której, można powiedzieć, mieszkam. A po długim spacerze i prysznicu, kęsy o tyle o ile naturalnego chleba popijanego tym, co sprzedają jako owcze zsiadłe mleko, uspokajają mnie. Gazeta najpierw pobrudziła mi palce jeszcze świeżą farbą drukarską, a potem wyprowadziła mnie z równowagi. 
I chyba dlatego ją kupuję. Każdego ranka. Ale nie przeglądam jej do popołudnia. 
	Schodzę w dół do Kneževca, wioski pod Belgradem. W stronę centrum ciągną się fabryki i osiedla. Z jednej strony tramwajowe i kolejowe tory, drogi i wzgórza. Z drugiej, na wzniesieniach – nowoczesne osiedla  Vidikovac, Labudovo i Petlovo Brdo.
	Domki parterowe, jedno- lub dwupiętrowe, kwiaty, ozdobnie przystrzyżone drzewka na małych podwórkach. 
	Skądś wypadnie pies. Szczeka; można powiedzieć, że odprowadza mnie wściekłym ujadaniem. I psioczy. 
	Nie odwrócę się, choć słyszę go tuż za plecami. Chyba go to drażni nie na żarty, bo ujada tuż za mną. 
	Staję. Odwracam się. On się cofa, warcząc. 
	Schylam się. Patrząc mu w oczy mówię, że jest złośnik, że idę swoją drogą, żeby zawrócił na podwórko, bo jeszcze wpadnie pod jakiś samochód...
	Zaskoczony psiak cichnie, patrzy na mnie i już kręci puszystym ogonkiem.
	Szybko się zaprzyjaźniliśmy.
	Chwilę-dwie namyślam się i już napoczynam chleb. Kładę mu kawałek przed pyskiem. Razowca tylko obwąchał.
	Z góry na dół asfaltową drogą nadjeżdża samochód. A w nim, oczywiście,  kierowca.
	Pies odbiega ode mnie. Pędząc chodnikiem, wściekle ujada za samochodem. Kierowca nie może przyspieszyć. Już jest prawie na dole, a za 30-40 metrów czeka go główna ulica, którą cały czas kursują samochody osobowe i ciężarówki, które mają pierwszeństwo, na ile oczywiście ja – pieszy – znam się na ruchu drogowym. A i dlaczegóż miałby się śpieszyć? Był przecież bezpieczny w aucie. Czym zwykły kundel może zaszkodzić kierowcy? 
	I tak, samochód bezszelestnie sunie ulicą i słychać tylko pomruk nowego silnika. A psiak, pędząc wąskim chodnikiem, towarzyszy mu, ujadając. 
	Osiedle dopiero się budzi.
	Dotarłszy do głównej drogi łączącej wieś z miastem, kierowca zatrzymuje auto. Włącza światła postojowe. Silnik zostawia zapalony.
	Staje i pies, ale szczeka dalej.
	Kierowca wysiada z samochodu. Pies milknie. Od razu zaczyna się łasić.
	Patrząc na tę poranną scenkę, niemalże sielankową, wyobrażam sobie, jak to człowiek go weźmie, jak wsadzi do samochodu i jak z podmiejskiego psa gończego wyrośnie przymilny zwierzak domowy w jakimś mieszkaniu na ulicy Terazije, willi na Banovym Brdzie , Senjaku. A może i nawet na Dedinju. Musiał przyjść na świat pod szczęśliwą gwiazdą. Czymże jesteś, przeznaczenie?
	Szpakowaty mężczyzna w garniturze i krawacie wyjął skądś pistolet.
	Psiak  przedśmiertnie zaskowytał.
	Schludny kierowca, jakiś pan, albo ktoś taki, diabli zresztą wiedzą, wsiada do samochodu. Wyłącza światła postojowe, włącza lewy migacz. Ocenia sytuację i włącza się do ruchu. 
	Nie wiem, czy rozbudzeni strzałem mieszkańcy zobaczyli duszę psiaka ulatującą w niebo nad Kneževcem, Rakovicą i Belgradem, wielkimi osiedlami ludzkimi.
	
	Przełożyła Monika Nowak     					             				


Staruszka i koza

Idą asfaltową drogą albańscy robotnicy, którym przedsiębiorstwa opłaciły piętnastodniową rekonwalescencję na górze Šar.
Spacerują  też emeryci wraz z żonami, którzy po niewiarygodnie niskiej cenie, prawie bezpłatnie, wypoczywają w Domu Emeryta na Brezovici.
Jest sierpniowy wieczór 1987 roku.
 	Chociaż trochę mi przeszkadza tłum krzepkich mężczyzn i owiniętych chustami  nawet w sierpniu kobiet, idę w góry – wiedząc, że im bardziej oddalę się od osady i domków letniskowych, tym mniej ludzi spotkam. Może skręcę i przejdę lasem, do potoku.
A na górze będę sam.
Mężczyźni  noszą fezy. Białolice kobiety są w szarawarach.
Nagle, w  tłumie spacerujących beztrosko ludzi napotykam staruszkę i kozę.
Na nie dwie spacerowicze nie zwracają uwagi. Jakby ich nie dostrzegali.
Stoi Serbka z kozą.
Koza, nie wiedzieć czemu, zatrzymała się. Ugrzęzła. 
Staruszka, wyglądająca na lżejszą od kozy, szarpie za powróz – ręcznie plecioną, cienka linę – i ciągnie, ciągnie...
Koza o ciężkich wymionach nawet się nie ruszy.
Kobiecina w jakiejś bluzce i spódnicy własnej roboty, w krótkich wełnianych skarpetach i podartych kierpcach, o rękach i nogach podrapanych podczas wypasu, zaczyna wabić kozę, prosząc, by ruszyła.
Koza ani drgnie.
Smagła staruszka popuszcza naprężony powróz, chce uderzyć kozę cienką rózgą, którą trzyma w ręku.
Lecz koza, przewidując zamiar swej karmicielki (bo staruszka żywi kozę, a koza staruszkę), przesuwa się krok do tyłu, i teraz znów dzieli je długość  sznurka.
Staruszka zatrzymała się. Zastanawia się, co robić.
Robotnicy i emeryci przechodzą.
Staruszka i koza spoglądają na siebie. Babcia milczy, a koza, mecząc, próbuje jej coś powiedzieć. Co to jest, wiedzą tylko one.
Zbliżając się do bezradnej staruszki i przekornej kozy, myślę o tym wszystkim, a najbardziej dręczą mnie dwa pytania: dlaczego obojętni, bezczynni spacerowicze jej nie pomogą i – co by się stało gdyby w tej chwili nadjechał samochód?
Przecież ta droga prowadzi do „Domu Stojka”, jak nazywa się miejsce na jednym ze szczytów, z hotelem i znanym narciarskim terenem. Wprawdzie rzadko o tej porze roku, ale mimo wszystko jeżdżą tędy zmotoryzowani ciekawscy. Czy nadjeżdżający samochód zdąży zahamować nie potrącając   staruszki i kozy, które utknęły na środku zakrętu ?  Czy może spłoszona koza odskoczy, ratując staruszkę , która ją ochrania.
Podchodzę. Na szczęście  podczas takich leśnych spacerów zawsze podpieram się kijem. Zaraz po wejściu na Brezovicę, przed dwoma tygodniami, uciąłem sobie gałąź leszczyny.
- Nie chce iść?
- Nie chce!
Staruszka i koza pachną leczniczymi górskimi ziołami i świeżym mlekiem.
- Co jej jest?
- Nie wiem, wilki jej nie pożarły. Dotąd szła spokojnie, teraz utkneła.
Smagam lekko kozę leszczyną po boku.
Karmicielka rusza za karmicielką.
- Dobra koza?
- Dobra, chwała dobremu Bogu. 
- Chwała Bogu.
- Dzięki i tobie, że tu jesteś. Niech Bóg da ci zdrowie.
- I tobie, matko. I twojej rodzinie. I twojej kozie.
- Bądź zdrów, synu – wyłapuję przepraszające zdanie staruszki spośród bełkotliwych albańskich głosów przechodniów, którzy nie zwracają na mnie uwagi.
Obydwie, staruszka i koza, schodzą do wioski, a ja, z jakiegoś powodu, natychmiast skręcam w las. Widzę skoszoną leśną polanę, całą w słońcu. A na środku polanki jedno jedyne drzewo.
Idę do wysokiej, rozgałęzionej brzozy na polanie.

Przełożyła Daria Berent



Pies z Vidikovca

Codziennie lub co drugi dzień o poranku, około czwartej w lecie lub o piątej-wpół do szóstej w zimie, z krótkiego, niespokojnego snu budzi mnie pies. Bez względu na porę roku, budzi mnie o brzasku.
Szczeka długo. Szczeka tak, jakby nie znajdował się tutaj, pośrodku blokowiska, czy w ogóle w mieście. Daje głos zawzięcie, tak jakby stawał na progu chaty, biegał dookoła budynków i posiadłości gdzieś w górskiej wiosce, a nie na Vidikovcu, osiedlu ograniczonym Petlovim i Labudovim Brdom, Cerakiem i Białymi Wodami, Rakovicą, Kneževcem i Osiedlem Skojewskim.
Złoszczę się, że mnie budzi, ale kiedy go nie słyszę, noc wydaje mi się jakaś mroczniejsza, a ostatnie poranne sny przed przebudzeniem są bardziej niespokojne. 
Kiedy mnie już przebudzi, myślę, że dobrze byłoby wstać. Świta. Budzi się ziemia i drzewa. Ptaki i zwierzęta. Jak dobrze jest chodzić po ziemi o świcie!
I rzeczywiście, zwykle wstawałem o brzasku późną wiosną lub latem. Chodziłem po Koszutniaku albo po jakimś spokojniejszym osiedlu, jakby bardziej ludzkim dopóki spało. 
Lecz częściej samotne czytanie tego, co zapisali drudzy niż zapisywanie tego, co – ach, biada mi! – ktoś będzie czytał, a także zdobycze cywilizacji – radio i telewizja, pozostawiały mnie przytomnym do północy. Niekiedy długo po północy. A nawet i do świtu. Do chwili, kiedy się nie pojawił mój, można by rzec, znajomy, pies z Vidikovca. Mówię – znajomy, mimo że nigdy go nie widziałem.
Jeżeli zaś usnąłem zanim się odezwał, jak miałem wstać, gdy mnie swoim uciążliwym, rytmicznym, chociaż krótkotrwałym szczekaniem wybudzał po jednej, dwóch lub trzech godzinach snu?
Pies odzywał się długo, przeciągle. Samotnie. 
Psi skowyt rozchodził się spokojnie w ciszy Vidikovca, docierając na górę, ku szczytom wieżowców, nawet do gniazdka na czternastym piętrze, gdzie mieszkam. Jego głos słychać było tylko w ciszy, ponieważ do północy kursują autobusy i jeżdżą samochody, więcej ich na osiedlu niż na Magistrali Ibarskiej. Po północy często przyjeżdżają chłopcy z dziewczętami na szybkich motorach. Motocykliści wydobywają z maszyn wszystko, co mogą jeśli chodzi o prędkość i o dźwięk. Po ich popisach nastaje względna cisza, o ile nikt nie wyprawia w domu wesela albo urodzin, używając w tym celu nieodzownych wzmacniaczy i głośników, z których wydobywają się łomoty lub jakieś piosenki po serbsku, ale z rytmem gdzieś z Anatolii. Wtedy nam w drugim bloku to wycie tak dzwoni w uszach, jak tym, którzy bawią się w tym mieszkanku. Lecz i oni się zmęczą gdzieś około drugiej-trzeciej. I nastaje cisza.
By wkrótce odezwał się pies.
I tak całymi miesiącami, przez wszystkie sezony. Odzywał się bez względu na warunki pogodowe, tak w piękne, letnie noce, jak i w wichurę czy ochłodzenie. W śnieżycę, deszcz i mróz. Jednak najczęściej słyszałem go w letnie, ciepłe noce. A prawie zawsze wówczas, gdy wszystkich nas i jego, nas – w osiedlowych pokoikach-klatkach, a jego najprawdopodobniej bezpośrednio na ziemi, oświetlał księżyc.
W jego głosie, w jego szczekaniu wyczuwałem samotność. To obustronne, wspólne nam poczucie osamotnienia zachęciło mnie, by go odnaleźć. Przez kilka świtów poszukiwałem go bezskutecznie. 
Podczas przedpołudniowych spacerów po Vidikovcu często widywałem starca w ludowym stroju z Szumadiji. Wytłumaczenie, że przyjechał w gościnę do syna lub córki odrzuciłem od razu – byłby w nowym ubraniu. Im częściej go spotykałem, tym wydawał mi się bardziej interesujący. Pewnego razu, kiedy miałem trochę wolnego, postanowiłem zobaczyć, do którego budynku wchodzi. 
Przeszedł obok kilku wysokich, szkaradnych wieżowców, nie wchodząc do nich. Szedł sam, można by powiedzieć – zagubiony, po asfaltowych deptakach, chociaż wokół niego jest wielu przechodniów. 
Zbliżył się do wiejskiej chatki, jedynej, która jakimś cudem ocalała pośród wieżowców, między drogą za Labudovo Brdo a Ibarską Magistralą. Widać tylko dach domu i zabudowań, za wysokim żywopłotem i kolczastym drutem kwitną czereśnie i wiśnie o bogatych, rozłożystych koronach.
Starzec otworzył chwiejną furtkę. Owczarek, mój nocny znajomy, którego zobaczyłem po raz pierwszy, zaskamlał z radości. 
Postarzały wieśniak z na wpół zburzonego kurnika wypuścił kury. Ptaki wesoło machają skrzydłami, wzlatują kilka metrów, celebrując wolność, lądują, biegają po podwórku, prosto do naczynia z karmą. Gospodarz, wyciągnąwszy pęk kluczy, otwiera drzwi do chaty, wynosi kosz z kukurydzą i pszenicą, karmi inwentarz. Psu rzucił jakieś kości, od razu, jak tylko wszedł na podwórze. 
Po kilku miesiącach dowiedziałem się od starca, że pies właśnie tu przyszedł na świat w ostatnim roku istnienia wsi Kijevo. Wioskę z dziesięcioma małymi gospodarstwami zlikwidowano, a na jej fundamentach, na urodzajnych niwach, sadach, winnicach i nieużytkach utworzono Vidikovac.
Starcu i pozostałym mieszkańcom Kijeva odebrano ziemię, zburzono domy, altanki, mleczarnie, stajnie i obory. Jemu i jego rodzinie z tej samej wsi dano mieszkanie w bloku, który stanął na miejscu ich winnicy. Siedemdziesiąt metrów kwadratowych - dokładnie tyle ile wynosiła powierzchnia ich chaty, która na skutek przypadku nie została zburzona. Jedyna we wsi. W rzeczywistości nie mogli w niej mieszkać, ponieważ nie była już ich własnością i prawdopodobnie wkrótce na jej miejscu stanie nowy wieżowiec. 
Starzec wraz z rodziną przeprowadził się do wieżowca jeszcze w latach osiemdziesiątych. Mleczne krowy, owce i świnie sprzedali lub zarżnęli jeszcze przed przeprowadzką. Lecz psa, mojego znajomego, nie mogli oderwać od progu. Zaprowadzili go do mieszkania w wieżowcu. Skamlał całą noc, drapał drzwi wejściowe tak, ze nie mogli zmrużyć oka. Nie chciał jeść. Po kilku dniach przyprowadzili go z powrotem na podwórko opuszczonego domostwa. Wozili go i zostawiali w gospodarstwie u rodziny na południu w Kneżewcu, tam, gdzie są jeszcze wiejskie domy. Zrywał się, uciekał prosto do ich wciąż jeszcze nie zburzonej chaty, między wieżowce, na podwórko, gdzie przyszedł na świat.
Starca nie widuję już od dwóch czy trzech lat.
A mojego znajomego psa – słyszę! 
I dziś rano mnie obudził. Kiedy już nie mogłem ponownie zasnąć, usiadłem przy biurku i tak to powstały te zapiski.
Przeminęła jeszcze jedna noc czerwcowej pełni.     

Przełożyła Elżbieta Woldan

 

Spójrz na swój dom
Mają moc zamknąć niebo, aby nie padał deszcz w dniach ich nauczania. I mają moc nad wodami, mogą zamienić je w krew i mogą porazić ziemię wszelakimi plagami, ilekroć zechćą. Objawienie Św. Jana Apostoła, 11,6.


Spójrz na swój dom
Wybór

Boże ratuj
Baza lotnicza Brigen znajduje się w pobliżu miasta Mänchengladbach, nieopodal  granicy z Holandią. 
Około dwudziestu kilometrów od miasta Neuss powstają zapiski o pierwotnej ziemi serbskiej, o Kosowie, po którym teraz depczą obcy.
Obcy wyrzucił tutejszego. 
Tubylcy zostały wypędzeni ze Starej Serbii. 
W powietrznej bazie na zachodniej granicy Niemiec ulokowane są angielskie myśliwce, bo, jak wiadomo, tam znajduje się baza sił powietrznych Anglii. 
Pokój, w którym śpisz, jest zwrócony ku zachodowi. 
Każdego poranka po godzinie-dwóch snu obudzi cię mocny grzmot silników myśliwców. 
Polecą one w kierunku Serbii. 
Pomiędzy trzecią i czwartą nad ranem. 
Ból. Krótko mówiąc, fizyczny ból. 
W samym środku piersi. 
Boże, ratuj! 


Ból ziemi
Kosowo i Metohia jest ziemią zoraną bombami, rakietami i pociskami.
Ostrzelane zostało także Kosowskie Pole, na którym miała miejsce sławna bitwa. 
Uderzają w samą ziemię.
Pewne jest, że również ziemia odczuwa ból.
Cząstkę tego bólu czują drzewa i trawy, łąki i pokosy. Zboża  i ogrody warzywne. 
Inną cząstkę bólu naszej Matki Ziemi odczuwają niebiosa. 
A jeszcze inną zapewne czują ludzie, którzy na tej ziemi rosną.
 

Ludzie boży
W Šumadii w dniu Wniebowstąpienia odbywa się procesja. 
Przeciw wszelkiemu złu, zatem również przeciw rakietom. 
Duchowny idzie powoli. Za nim wieśniacy, wieśniaczki, wśród nich są i młodsze osoby.  
Spokojnie, krok za krokiem, obchodzą cała wioskę.  
I śpiewają. 
Wierzą, iż w taki sposób obronią swoją piękną šumadijską wioskę przed chmurami przynoszącymi  grad.
Nie tylko. Przed  rakietami typu Tomahawk również. 

Ptak kos przyleciał do Północnej Westfalii nad Renem
Obok domu, w którym mieszkasz, jest ogródek. Nie ma nawet jednego  ara.
Wokół niego żywopłot i winorośl. Mocne gałęzie winorośli są całe poprzeplatane i wraz z wczesną wiosną, jeszcze zanim wyznaczy ją kalendarz, gęsto się zazielenią i puszczą bujne pąki nowej winorośli.
Gałęzie te trzeba w czasie wegetacji obcinać dwa-trzy razy. W innym wypadku cały twój dom nimi obrośnie.   
Wśród gałęzi, które się pną po murze, ptak –  kos – uwił sobie gniazdo.
Krótko mówiąc, rzadko wychodziło się do ogrodu, żeby ptak mógł spokojnie wysiadywać pięć jaj, które zniósł do gniazda.
Ptak – kos.
Dziesięć dni był tutaj, w gnieździe. Nie opuszczał go nawet wtedy, gdy ktoś otwierał drzwi na taras i wychodził na zewnątrz, na podwórze.  
Krótko po podpisaniu pewnej umowy (niektórzy to delikatnie nazywają kapitulacją), porozumienia o wycofaniu się serbskich wojsk z Kosowa i Metochii, ptak – kos opuścił swoje gniazdo.
Nie cieszy cię nawet rozmowa o przyczynach takiego stanu rzeczy. Pomyślałeś sobie, że ptak ucierpiał. Ale dlaczego? Tutaj nie ma ptaków drapieżnych. Później pomyślałeś również o kotach: czy ptaka przypadkowo jakiś kot nie zadławił. Nie wierzysz jednak, że te miejscowe koty mają tyle myśliwskiego instynktu, by złowić ptaka.  
Było jak było, ptak –  kos opuścił gniazdo. 
Nie masz pojęcia, co zrobić z jajkami.
Gdzie teraz znaleźć ptaka, który wychowa młode? 
Gdzie jest ptak – kos? 

Wielki wstrząs
Tuż po rozpoczęciu ostatniego roku drugiego milenium złowieszczo zagrzmiało.
Zagrzmiało 27. stycznia 1999 r. w dniu świętego Sawy.
W złym czasie, nie w porę. 
W czasie zła.
Wtedy poruszyło się łono ziemi. 
Wszyscy mówią o trzęsieniu.  
Trzęsie się ziemia na Ravnej Górze i w jej pobliżu. Już trzy razy w czasie tej wiosny. 
Trzęsienie miejscowości Povlen, Maljen, Suvobor, Ravna Gora. 
Trzęsie się Mionica, Lajkovac, Lazarevac, Gornji Milanovac, Takovo, Valjevo, Struganik. 
Cała ziemia Ravnej Gory.
A dlaczego właśnie tam? 
Czy to prawda, że nawet trzęsienie ziemi można wywołać? 

Ryby w wodzie, dziczyzna w legowisku
Wiosna jest niewesoła. Ma się wrażenie, że drzewa nie cieszą się z nowych liści. Nie widać zieleni, która śpiewa. 
Zamarły również ptaki. 
Ani wróble nie świergocą, ani słowik – piewca wiosny – nie zaśpiewa. Kos nie zapłacze.   
I ryby w wodzie są ostrzeliwane.
Strzelają do dziczyzny w legowiskach. 
I dziki przez bomby zdziczały zupełnie. 
Puste miasta. Opuszczone wioski.  
Po okolicach włóczy się bydło – poświadcza jeden z reporterów w Kosowie. 
Mówi, że z tak wielkiego zła zdziczały również zwierzęta domowe . 
Oswoiły się dzikie zwierzęta. 
Słychać  ryczenie bydła. Kwiczą świnie. Szczekają psy. Miauczą koty.
Ziemia jest zraniona, woda jest zatruta. 
Zdechły ryby, rzeki zostały bez muszli, łąki bez ślimaków, strumyki bez pstrągów. 

Człowiek – ptak
Jeden z przypadkowo ocalałych świadków bombardowania mostu w wąwozie Grdelicy mówi, że go siła bomby uniosła nad ziemię i że przeleciał trzydzieści metrów, zanim ponownie na nią upadł. 
Przeleciał.
I przeżył.
Człowiek – ptak.

Płacz starej kobiety
Kobieta ubrana na czarno płacze.
Przystawili mi, mówi trzęsąc się, lufę pistoletu do ust. 
I nóż do gardła. 

Z narodem, niosąc krzyż
Jedna z sal seminarium duchownego w Prizrenie. Sala przepełniona prowizorycznymi łóżkami, leżakami i materacami na podłodze. 
Na tych łóżkach leży pięćdziesiąt wyczerpanych osób. 
W oczach mają zagubienie i strach. 
Między nimi są biskup Atanasije Jevtić, biskup Raško-Prizrenski Artemije Radosavljević i inni duchowni oraz zakonnicy. 
Niosą oni swój krzyż i krzyż swojego narodu.
W Prizrenie, carskim mieście, w jednej z dawnych stolic cara Duszana Mocnego pozostało jeszcze pięćdziesiąt może sześćdziesiąt osób narodowości serbskiej, które wbrew „ochronie” niemieckich żołnierzy, nie mogą opuścić murów monasteru. 
W pobliżu siedziby Episkopatu i seminarium zrobiono zasieki z drutu kolczastego. Z zewnętrznej strony postawiono wozy bojowe i po zęby uzbrojonych żołnierzy KFOR-u.
Bronią tego getta. 
Mija ostatni rok drugiego milenium.

Pokój
W Wielką Sobotę 1999 roku, w prawosławną Wielką Sobotę na reńskiej łące, która dopiero co się zazieleniła bujną, z pewnością posianą trawą, pasą się owce. 
Patrzysz na te, które się tutaj spokojnie pasą. A tam, na Bałkanach, na owce spadają bomby. 
Zrzucają je na owczą fermę w pobliżu Svrliga.
Setki owiec zostało zabitych. 
Bomby spadają i na Dunaj, a tutaj korytem Renu płyną łódki, barki i  łodzie towarowe. 
W małych, doskonale uporządkowanych ogródkach ludzie coś grabią, sadzą nowe kwiaty.  
Myją samochody w myjniach. 
Siedzą na tarasach, rozmawiają, piją piwo. 
Wszędzie wokół ciebie jest spokojnie. 
A tam, na Bałkanach? 

Rzeczowniki
... paleniska, rabunki, szantaże, zabójstwa, gwałty, pogróżki, kradzieże, grabieże, obczyzna, poniżanie, męczenie, bestialstwa, groźby, porwania, włamania, burdy, przemyt, narkotyki, przestępstwa…

Niebo na dziedzińcu
Na  spokojną okolicę pewnej wsi zrzucono 24 bomby odłamkowe. 
Wieśniak pochodzący z tej wioski mówi: Jak by się całe niebo zwaliło na nasze dziedzińce. 
Przez bomby ucierpiały sadzonki malin oraz delikatne jeżyny. 
Pola ze zbożem.
Zbombardowano także sady ze śliwkami. 

Żywy strach
Na fotografii z gazety – krowy.
W ich oczach widać strach, ponieważ morderca zrzucił bombę na stodołę: runęła powała i przygniotła krowy. Krowy spoglądają na nas spod gruzów. 
Krowy są żywe. 
I żywy jest ich strach. 

Bez...
... bez wody, bez nadziei, bez prądu, bez mleka, bez szczęścia, bez chleba, bez mydła, bez leków, bez potępienia, bez fermentu, bez poruszenia, bez serwatki, bez ognia, bez głosu, bez zapałki, bez wpływu, bez gazu, bez oleju, bez kontaktów, bez świeczek, bez prawa, bez dezodorantu, bez siły, bez papieru, bez ochrony, bez paliwa, bez przyjaciela, bez mięsa, bez zapachu, bez tańca, bez światła, bez płótna, bez krewnych, bez igły, bez samodziału, bez końca, bez swojego, bez gdziekolwiek, bez czegokolwiek, bez kogokolwiek, bez... 

Sadzenie ziemniaków, względnie wojenny raport z Dragačeva
Na łagodnych górskich stokach Jelicy wieśniacy sadzą ziemniaki. Jak wiadomo, jest to jeden z najdogodniejszych obszarów do ich uprawy. 
Ziemniak to ważna roślina.   
	Chłopi okopują ledwie dojrzałą do pierwszych okopów kukurydzę. 
Choć sadzenie i okopywanie, te dwie dane od Boga czynności powinno wykonywać się ze spokojem, rolnicy i hodowcy owoców robią to dość pośpiesznie.
	Sadzą i okopują między dwiema syrenami, które alarmują o lotniczym zagrożeniu.
	A gdy zawyje syrena, mieszkańcy Dragačeva uciekają z pól do lasu, w góry.
	I tu, jak w jakimś schronie, wszyscy pozostają aż do nowego sygnału, informującego, że zagrożenie minęło.
	Chłopi wracają na rolę, do kartoflisk i pól kukurydzianych, albowiem, nie zważając na bomby, pole uprawne trzeba zasadzić. I kukurydzę okopać. 
	Prości dragačevscy górale nie zdają sobie sprawy, że nawet betonowy bunkier nie byłby w stanie ochronić ich przed nowoczesną bronią. Nawet na metr głęboki bunkier, a cóż dopiero koliba kryta sitowiem, wykop ziemny czy  grube drzewo dębowe.
	I nie przychodzi im na myśl, że ta ucieczka z pól w pobliski zagajnik i sad pod śliwę albo gruszę, wywołuje drwiący uśmieszek tych, którzy podglądają ich przez satelitę.
	Drwinę wywołują również ci, którzy przybyli z miast i schronili się w swojskich dragačewskich wioskach.
	Są na wsiach i tacy, którzy przyszli z sąsiednich Lučanów ... do swoich.
	Jakby to był jakiś problem zamiast na Lučany skierować rakiety na Vič czy Dolny Dubac. 
	Dla tych, którzy wydają komendy, trwa to tyle, co przyciśnięcie guzika.

Węże, orły, kleszcze...
Zakłócenie.
Z powodu bombardowań zakłócona jest cała równowaga w przyrodzie.
W wioskach położonych u stóp gór Rtanj wysuszyli źródła i studnie. Przedwcześnie wypełzły z ziemi węże.
	We wsiach koło Vlasotinca nigdy nie było wiosną tyle węży, powiadają chłopi.
	Orły.
	W Górnej Trešnjicy w rejonie Azbukovicy bieliki, bardzo rzadki gatunek orłów występujący jeszcze tylko w kanionie rzeki Trešnijcy, z powodu nieustannych bombardowań i potężnych detonacji tej wiosny nie wiły gniazd.
	Zamilkły ptaki. Oniemiały.
	Dochodzą z różnych stron  wieści, że w Jugosławii namnożyło się kleszczy.
	Wielkie, wgryzają się pod skórę i wysysają krew.

Oj, Moravo! – lub  obrona przeciwlotnicza 
	W pewnej wiosce w Toplicy w pobliżu Kuršumliji wieczorem, na rozstaju dróg, zbiera się cała wieś. Wychodzą z domów i starzy i młodzi. 
	Zapalają ognisko na rozdrożu, zasiadają wokół niego. Niektórzy przynoszą coś do jedzenia, ktoś inny rakiję, drudzy piwo, lub wino.
	Poza tym rozwidlenie dróg jest najświętszym miejscem każdej ludzkiej osady.
	Przyjdzie też ktoś z harmonią. Wszyscy na głos zaśpiewają.
	Pieśnią bronią wsi  przed upiorem z nieba.

Wojskowy cel – fabryki proszku
	Słyszysz ... w Jugosławii jest brak środków do prania.
	Nieprzyjaciel, który bombarduje tę część Bałkanów, aby przywrócić pokój, zniszczył także fabryki produkujące proszek do prania, detergenty, mydła itd.
	Ludzie, mówi ci jakiś znajomy, niemal sparszywieli z brudu.
Nie mają czym uprać majtek.
A chłopki ... przypomniały sobie stare receptury. Zaczęły gotować domowe mydło...

Cele. Target
 	... domy, drogi, mosty, ścieżki, bezbronne drewniane mosty, koleje, wieżowce, domy handlowe, rafinerie, hotele, centrale elektryczne, szkoły, szpitale, przytułki, schroniska górskie, domki weekendowe, leśniczówki, przedszkola, konsulaty, żłobki, ambasady, szpitale położnicze, wytwórnie tytoniowe, gmachy administracji, domy spokojnej starości, stajnie, cerkwie, fabryki narzędzi, wiadukty, kliniki, tunele, kopalnie, przejazdy kolejowe, monastery, targowiska miejskie, stacje transformatorowe, farmy krów, łąki, śliwkowe sady, nadajniki, chlewy, anteny, rynki, wodociągi, owczarnie, dzieci, łąki, malinowe chruśniaki, hodowle baranów, śliwkowe sady, pociągi, samochody, ekipy ratunkowe, strażacy, stacje radiowe i telewizyjne, sieci transmisyjne, urządzenia kanalizacyjne...

Zabijanie potomstwa
 	Zauważalne jest zjawisko częstych poronień u kobiet.
	Rozmawiano o tym, czy młode kobiety, które przeżyły bombardowanie i wdychały wyziewy i trucizny ze zniszczonych przez bomby chemicznych fabryk w pobliżu największych ludzkich skupisk na Bałkanach, które nawdychały się wszystkich tych toksyn z wody, powietrza i ziemi, powinny  zachodzić w ciążę.
	I czy te, które już są w stanie odmiennym, powinny dokonać aborcji.
	 Wiele jest przyczyn  strachu przed rodzeniem zwyrodniałych dzieci.
	Czy to ma zabić nawet potomstwo?

Różnica
		Obserwujesz dzieci w kaskach na głowach, gdy jeżdżą na rowerach. Tu, w Nadreńskiej Westfalii, przez myśl im nawet nie przejdzie wsiąść na rower bez osłony. Bez pięknego, kolorowego kasku. Aż do chwili obecnej, podczas codziennych spacerów, nie spotkałeś dziecka, które jeździłoby bez ochraniacza na głowie.
		I dorośli noszą czasami ochraniacze, dlaczegóż więc nie chcieliby ich nosić najmłodsi.
		Patrzysz, jak na dziecięcym placu zabaw wymieniają prawie nowe ławki i huśtawki.
		Wymieniają je, odnawiają też cokoły huśtawek. Wkopują nowe drewniane filary. Ponieważ wszystko musi być bezpieczne. Według przepisu. Nie daj Boże, aby się któreś dziecko skaleczyło. 
		Patrzysz przez chwilę na te zabiegi  bezpieczeństwa i przez chwilę czytasz gazety.
		W jednym doniesieniu z Belgradu piszą, że u nas dzieci się bawią. Bawią się, lecz, jak to dzieci, zapomniały o bożym świecie. Podczas zabawy co jakiś czas spoglądają w niebo. I na zegarek. Wtedy z żalem mówią, jak mało im czasu zostało do zabawy. Wkrótce bowiem syreny ogłoszą alarm przeciwlotniczy. Początek bombardowania. Nalot potężnych, lecz niewidzialnych maszyn wraz z rozsypaniem  śmiercionośnego ładunku... Na ludzi.  Na dzieci.
		Gdy tylko zawyje syrena, muszą się schronić.
		Czytasz dalej.
		Bomba spadła na osiedle Batajnica koło Belgradu. Zniszczyła rodzinny dom w tej belgradzkiej dzielnicy.
		Szrapnele rozerwały wątłe ciało Milicy.
		Milica miała trzy lata, a zrzucona bomba  500 kilogramów materiału wybuchowego.
		Milica jest usankcjonowanym celem, lub, jak powiedziałby Jamie Shay, rzecznik sojuszu NATO – to nieprzewidziana strata.
		Niebezpieczna jest trzyletnia Milica.
		W wyniku bombardowania jednej z części szpitala „Dragiša Mišović” w centrum Belgradu, nieodwracalne konsekwencje poniosły nowo narodzone dzieci i młode kobiety w połogu – matki.
		Na skutek przekroczenia bariery dźwięku, niektóre noworodki ogłuchły. Popękały im błony bębenkowe. 
		Błony bębenkowe, które dopiero co słyszały głos matki.

Cielęta jako cel
		Gazety donoszą, że w bezpośredniej bliskości od farmy krów na terenach należących do Kombinatu Rolnego Belgrad, obok drogi Belgrad-Pančevo spadła bomba o dużej sile rażenia.
		Krowy ryczały, zrywając powrozy.
		Weterynarze zanotowali, że od tego czasu mleczność krów zmalała o połowę, bez względu na wzbogaconą paszę i lepszą pielęgnację.
		Wiele krów ocieliło się przed terminem.
		Nawet najlepsi specjaliści od zwierząt nie zdołali uratować przedwcześnie narodzonych cieląt.

Bombardowanie piękna
		Hiszpański pilot, jeden z tych, którzy latali na bombowcach, wyznał, a gazety przekazały dalej:
		Piękny kraj. Nieludzko piękny.
		Bombardujemy niezwykle piękną ziemię.

Lament
		Pociski trafiły w nowosadzki most. Jeden z mostów.
		Po tym wydarzeniu wielu mieszkańców Nowego Sadu przychodziło obejrzeć most, którego znaczna część została pogrzebana w wodach starożytnej rzeki Danubius.
		Między nimi i jeden z wartowników mostu.
		Mówił, że on słyszy, dobrze słyszy.
		Cóż więc słyszy wartownik mostu?
		Słyszę, mówi, jak most jęczy. Bardzo dobrze słyszę.
		I słyszę też, co mówi Dunaj.

W Zielone Świątki
	W niedzielę były Zielone Świątki. Lud nazywa to święto Trójcą. Świętą Trójcą.
	Obchodzi się je przez trzy dni. Pierwsze święto w niedzielę, drugie i trzecie w poniedziałek i wtorek. Zwykle tego dnia w niektórych wsiach odbywają się lokalne uroczystości, gdzieniegdzie zwane preslavą – świętem patrona wsi. Wtedy też mają miejsce wiejskie odpusty.
	Tak też było w Varvarinie. Zebrał się tłum ludzi. Dużo też ich było na mszy.
	Pod koniec pięknego dnia wybrali się na spacer. Przez most na rzece Morawie, ulubioną promenadą, z jednego brzegu na drugi. 
		Tak, ale...
		Ale ktoś, w każdym razie nie anioł, patrzył na to z góry.
		I podjął decyzję. Wydał rozkaz ostrzelania mostu.
		Zginęły dziesiątki osób.
		Głównie młodych.
		W Zielone Świątki, w święto chrześcijan.      	  
Przełożyły Ivica Bociek i Marzena Naporska




index I bibliografija I recenzije I cv srpski I cv english I kontakt
index.htmlbibliografija.htmlrecenzije.htmlCV%20srpski.htmlCV%20english.htmlkontakt.htmlshapeimage_1_link_0shapeimage_1_link_1shapeimage_1_link_2shapeimage_1_link_3shapeimage_1_link_4shapeimage_1_link_5
Janko Vujinović
Bibliografija 
izbor

Panika u intersitiju
proza, prvo izdanje: Grafički atelje DERETA, Beograd, januar, 2000., str. 1-380.; drugo, dopunjeno izdanje: Grafički atelje DERETA, Beograd, oktobar, 2000., str. 1-347.



Vučji nakot
roman, Prosveta, Beograd, 1986, strana 1-295.; drugo izdanje, INP Književne novine-Komerc, Beograd, 1996. strana 1-310.


Knjiga o radovanju
zbirka priča, Slovo ljubve, Beograd, 1979. strana 1-112. Drugo izdanje Kulturni Centar Vuk Karadžić, Loznica, 2003. st. 1-150.

Kosovo je grdno sudilište dokumentarna proza, Prosveta, Književne novine, Beograd i Jedinstvo, Priština, 1989. strana 1-374.;drugo, dopunjeno i prerađeno izdanje, Dositej, Književne novine, Beograd i Jedinstvo, Priština, 1991., strana 1-412.

Press materijal 
izbor
Recenzije 
izbor
Panika u intersitiju
Knjiga o radovanju
Vučji nakot
Kosovo je grdno sudilište


Panika u intersitiju
odlomak iz romana
Panika u intersitiju - srpski
Panika w pociągu intercity - polski
Panic in the Intercity - english
Panik im intercity - deutsche
Паника в экспрессе - pусский








Biografija
Biografija - srpski
Biography - english
Biografia - polski


Linkovi
Katerda za južnu slavistiku Univerziteta u Lodzu
Izdavač "Tygiel Kultury", Lodz
ProjektOR, web arhiv južnoslovenske književnosti
Lođka slavistika / Slawistyka Łódzka
Udruženje književnika Srbije
Projekat Rastko - Antologija srpske poezije XX veka
Projekat Rastko - Poljska
Narodna biblioteka Srbije

Kontakt
janvujin@wp.plpanika.htmlpanika.htmlvucji.htmlvucji.htmlknjigaO.htmlknjigaO.htmlkosovo.htmlkosovo.htmlpress.htmlpanika.htmlknjigaO.htmlvucji.htmlkosovo.htmlpanika-odlomak.htmlpanika-od-polski.htmlpanika-od-english.htmlpanika-od-german.htmlpanika-od-ruski.htmlpanika-story.htmlCV%20srpski.htmlCV%20english.htmlCV%20polski.htmlhttp://www.slavica.uni.lodz.pl/start.htmlhttp://tygiel.free.ngo.plhttp://www.plama.art.pl/OR/public_html/YU/Inne/sylwetki/vujinovic.htmlhttp://slawistykalodzka.sns.pl/http://www.uksrbije.org.yu/index.htmlhttp://www.rastko.org.yu/rastko/delo/11084http://www.rastko.org.yu/rastko-pl/bibliografija/bstojanovic-serbica.phphttp://www.nbs.bg.ac.yu/mailto:janvujin@wp.plshapeimage_3_link_1shapeimage_3_link_3shapeimage_3_link_5shapeimage_3_link_7shapeimage_3_link_8shapeimage_3_link_9shapeimage_3_link_10shapeimage_3_link_11shapeimage_3_link_12shapeimage_3_link_13shapeimage_3_link_14shapeimage_3_link_15shapeimage_3_link_16shapeimage_3_link_17shapeimage_3_link_19shapeimage_3_link_20shapeimage_3_link_21shapeimage_3_link_22shapeimage_3_link_23shapeimage_3_link_24shapeimage_3_link_25shapeimage_3_link_26shapeimage_3_link_27shapeimage_3_link_28shapeimage_3_link_29shapeimage_3_link_30
© 2008 Janko Vujinovic janvujin@wp.pl